Facebook
Historia
      NASZE SERWISY:     | CALL OF DUTY |  | COMPANY OF HEROES |  | HISTORIA II WOJNY |  | PORTAL |

g WSTĘP g FORUM g REDAKCJA g KONTAKT g REKLAMA

g OPERACJA COMPASS g ATAK NA PEARL HARBOR g BITWA O STALINGRAD g OPERACJA MERKUR g MONTE CASSINO g NIJMEGEN g POINTE DU HOC g WZGÓRZE 400 g POWSTANIE WARSZAWSKIE g DYWIZJON 303


g POLSKA g ZSRR g USA g NIEMCY g WŁOCHY g WIELKA BRYTANIA g INNE


g CIEKAWOSTKI g KALENDARIUM g KSIĄŻKI g HOLOCAUST g CYTATY g ZBRODNIE WOJENNE g BILANS STRAT g NASTĘPSTWA II WŚ


g 56 PUŁK PIECHOTY S6M g 56 PUŁK PIECHOTY P20M



Dywizjon 303

Bohaterowie Bitwy o Wlk. Brytanię

303 dywizjon myśliwski im. Tadeusza Kościuszki zwany także "Warszawskim" powstał 2 sierpnia. Gotowy do walki był już 1 września 1940 roku. Rzucony w decydującej fazie Bitwy o Anglie, tworzył historie. O dokonaniach pilotów z 303 krążyły i nadal krążą legendy. Odznaczali się brawurą, odwagą i niesłychanym zmysłem bojowym. Składał się głownie z pilotów Polskich oraz jednego Czech. Walczących w Kampanii Wrześniowej, Francji, Belgi potem w Anglii. Wielokrotnie losy Królestwa spoczywały na ich barkach. Stacjonowali w miejscowości Northolt na zachód od Londynu. Obecnie stoi tam pomnik Polskich lotników, a sami mieszkańcy są dumni z dywizjonu, który bronił ich domów przed niemieckimi bombami. Piloci latali na Hurricanach , Spitfireach, a potem na P-47.

Chrzest Bojowy

31 sierpnia był ostatnim dniem szkolenia. Dywizjon o godzinie 16:00 patrolował okolice Londynu. Jutro skierowany zostanie na pierwszą linie największej bitwy lotniczej trwającej już od ponad 3 tygodni. Piloci nareszcie będą mogli udowodnić czego są warci i potwierdzić zasadność przyznania jednego z najważniejszych zadań, a mianowicie obrony Londynu. Pogoda była wyśmienita, świeciło słońce, niebo było czyste. Dywizjonem dowodził major Ronald Kellet. Anglik weteran wojny powietrznej nad Francją, który sam podobno zestrzelił 7 niemieckich maszyn. Major by nie ufny i nie doceniał wartości bojowej dywizjonu. Od samego początku traktował polaków jako "żółtodziobów". Był zmartwiony ponieważ to on miał dowodzić nimi w pierwszych dniach walk. O godzinie 16:12 dowództwo, podało:
- Dywizjon 303, eskadra A – Kurs 90 stopni.
Sześć maszyn oderwało się od szyku i skierowało na wyznaczony kurs. Kontrola lotów korygowała ich kurs jeszcze 2 razy. Pilotów ogarnęła euforia , przeczuwali że natrafią na nieprzyjaciela. Nie mylili się, po paru minutach lotu dostrzegli w oddali zgrupowanie niemieckich bombowców wraz z eskortą. Rozdzielili się na 2 klucze, major Kellet wraz z sierżantami Eugeniuszem Szaposznikowem i Stefanem Karubinem zajęli dogodną pozycję i nacierali od strony słońca. Reszta eskadry miała ubezpieczać klucz dowódcy. Nagle pojawiły się 3 niemieckie mesershmitty 109. Wykonywały zwrot i nie zauważyły polskiego dywizjonu. Major Kellet i jego ludzie byli na doskonałej pozycji ponad Niemcami do tego na ich skrzydle. Dynamicznym nurkowaniem wszyscy trzej siedli na ogonach nieprzyjaciela. Każdy wziął swego. Pierwszy ogień otworzył Kellet strącając wrogi samolot, który wybuchł i zapalił się. Dwa boczne od razu zanurkowały. W pogoń za nimi rzucili się Polacy. Nie odstępowali ich na krok. Szaposznikow otworzył ogień przed kadłubem wroga, zmuszając go do przelotu przez pociski. Kolejny Niemiec zestrzelony. Tymczasem Karubin ciągle nurkował za mesershmittem, nie strzelał, czekał. Gdy przybliżył się na bliską odległość, posłał serie ze swych karabinów, trafił w silnik i grzbiet maszyny. Wszyscy trzej trafieni, nieuchronnie spadali ku ziemi. Wtedy zza pleców polaków wyrosły dwa nowe mesershmitty, jednak w pobliżu była reszta eskadry która siadła Niemcom na ogonie. Wróg zignorowali obecność reszty eskadry i mimo niebezpieczeństwa kontynuowali pościg. Niemcy zbliżyli się i otworzyli ogień. Jednak za nimi pędzili piloci Ferić i Wuensche. Obaj prawie jednocześnie strzelili i trafili wroga. Wspaniałe zwycięstwo 5 wrogich maszyn zestrzelonych. Każdy z pilotów zaliczył po 1 strąceniu. Tylko porucznik Zdzisław Henneberg nie brał udziału w tej gonitwie. Widząc klęskę nieprzyjacielskich myśliwców zapragnął własnego "Adolfika". Zebrał klucz wykonując charakterystyczny znak "machanie skrzydłami", był to sygnał by Ferić i Wuensche skierowali się w jego
kierunku. Około 2 kilometrów dalej, inny klucz wrogich samolotów zmierzał do Francji. Henneberg łatwo ich dogonił jednak, spostrzegł że jest sam. Nie zniechęciło to polskiego pilota. W niemieckim kluczu powstało jakieś zamieszanie, jeden z samolotów odłączył się na kilkaset metrów od reszty. Henneberg tylko czekał na taką okazję. Rzucił się na wroga jak wilk na ofiarę. Posłał w jego bok dwie serie, jednak Niemiec zdołał zanurkować. Kolejne strzały były celne. Samolot zakopcił się i wpadł do morza. W Notholt istne święto, samoloty wracały jeden po drugim, wykonując przeróżne akrobacje. Był to znak dla mechaników i obsługi informujący o zwycięstwie. Po lądowaniu owacje i pochwały. Potem wyczekiwanie na szóstego. Mijały chwile, minuty, minął kwadrans, a Henneberga nie ma. Czyżby stało się najgorsze, czyżby zginął ?. Nie, jest pojawił się, wszyscy oszaleli ze szczęścia i o dziwo porucznik również zakręcił beczkę na znak strącenia swojego "Adolfika" !. Po wszystkim major Kellet ściskał ręce swoich pilotów. Wszystko komentował zdaniem "I Am delighted" (jestem zachwycony). Tak prysły jego uprzedzenia i stereotypy. Tak oto dywizjon 303 w swoim locie treningowym strącił 6 wrogich maszyn. Były to pierwsze strącenia eskadry w czasie Bitwy o Anglię.

2 Września 1940 roku.

W okolicach Dover, jako że był ważnym przyczółkiem Brytyjczyków rozstawione były balony zaporowe. Alianci nazywali je "Barankami". Ich zadaniem było uniemożliwienie wrogim bombowcom zejścia na pułap bojowy. Wysoko w chmurach szedł cały dywizjon niemieckich mesershmittów, oraz pojedyncze klucze. Szykowały się do nurkowania i zniszczenia owych "baranków". Drogę przecięli im piloci z 303 dywizjonu. Wywiązała się walka kołowa. Mieszkańcy Dover obserwowali całą bitwę. Polacy na zwrotniejszych Hurricanach dopadali ogonów Niemców. Bitwa przeniosła się nad kanał. Dywizjon już spełnił swoje zadanie przepędził wroga znad Dover. Nikogo jeszcze nie zestrzelono. Niemcy zawrócili, piloci przystąpili do pościgu. Jednym z nich był porucznik Ferić. Upatrzył sobie nieprzyjaciela i zbliżał się by zadać mu ciosy. Niemiec chyba stracił głowę bo mając przewagę szybkości i dystansu, wykonał beczkę wytrącając przy tym prędkość i zbliżył się na kilkaset metrów do Polaka. Pierwszy ostrzał był niecelny, drugi jednak trafił w cel. Niemiec zakopcił się i zanurkował. Widać już było wybrzeża Francji. Polak chcąc szybko zakończyć starcie poleciał za nim. I stała się rzecz straszna. Jakiś płyn trysnął na kokpit pilota zasłaniając mu widok. Nie chciał ryzykować katastrofy, szybko poderwał maszynę i zawrócił. Pękły przewody z oliwą. Otworzył kabinę i przetarł płyn z kokpitu. Maszyna miała kłopoty. Silnik zaczął się dusić. Samolot lada chwila staną by w płomieniach, jednak Ferić odciął dopływ benzyny i wyłączył silnik. Na wysokości 20 000 stóp (6 km) do Anglii miał 25 kilometrów. Zdany na łaskę własnych skrzydeł. Był zupełnie bezbronny, z dymiącym samolotem, bez możliwości manewrowania stawał się łatwym celem dla każdego powracającego niemieckiego samolotu. Nie minęło wiele czasu. Wykryli go ! z boku dostrzegł sylwetkę samolotu, zbliżał się 500 m, 300 m, 200 m, czemu nie strzela ? Był to porucznik Łokuciewski. Poznał Ferića i znakiem reki dał mu do zrozumienia że będzie go eskortował. Po chwili dołączył do nich porucznik Ludwik Paszkiewicz, któr
y widząc dziwne zgrupowanie zaprzestał pościgu i poleciał na pomoc. Już 2 samoloty z 303 dywizjonu eskortowało kolegę. Wiedzieli że w przypadku ataku liczniejszego wroga mogą nie dać rady, ale byli gotowi poświęcić życie dla kolegi. Pozostali przy nim. Ferić doznał ulgi, mógł zająć się pilotażem, a raczej ślizgiem swej maszyny. Wszystkich ogarniał niepokój i pytanie czy, doleci do Anglii ?. Wtedy Eskortujący go koledzy zauważyli w oddali 2 mesershmitty 109. Byli wyżej, w znacznie lepszej sytuacji do ataku. Niemcy ich dostrzegli. Zwęszyli łatwy łup i skierowali się w kierunku Ferića. Łokuciewski i Paszkiewicz szykowali się do walki. Wzbili się w górę i zaczęli zataczać kręgi nad samolotem Ferića. Niemcy od strony słońca zajęli pozycje do ataku. Polscy piloci nie spuszczali przeciwnika z oczu. Niemcy chyba zrozumieli jaką taktykę przyjęli Polacy. Gdyby zaatakowali Ferića dostali by się pod ogień Łokuciewskiego i Paszkiewicza. Zataczane kręgi podziałały w sposób magiczny. Mesershmitty zwlekały atak, jednak ciągle przybliżały się do 3 polaków. Swym zwlekaniem przegrały chwilę, nie odnaleźli słabego punktu w polskiej obronie. Zwątpili i odlecieli. Wysokościomierz był jednak nieubłagany i pokazywał nadal 5000 stóp, 45000, 4000...... jednak wygrali, przy 900 stopach wysokości przekroczyli linie brzegu. Wygrali ocalili ludzkie życie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Przez radio Ferić powiedział:
-Dziekuje wam !!
Na to Łokuciewski:
- Całuj psa w nos ! Stawiasz dziś Whiski ?
- Chociażby Dwie !!
- Nie trzy !!.
Ferić znalazł potem pole do przymusowego lądowania i posadził maszynę. Ich postawa trzech niezłomnych walecznych, doprowadziła do jeszcze większego zacieśnienia się więzi przyjaźni, która trwałą jeszcze długie lata.
Zawziętość jest straszna bronią. A determinacji, zawziętości i umiejętności polskim pilotom nie brakowało. Tego samego dnia walka sierżanta Stefana Karubina przeszła w miano legendy jednak wydarzyła się naprawdę. Prasa brytyjska rozpisywała się o brawurze polskich pilotów, którzy bardzo blisko podlatywali do wrogich samolotów zanim do nich strzelali. Pisali że gdy kończy im się amunicja ze ślepą furia rozbijają samolot o wrogie bombowce. Co do taktyki walki bezpośredniej jest ona prawdziwa, dzięki temu Polacy mieli największa liczbę zestrzeleń oraz 3 razy mniejsze straty własne niż inne dywizjony RAF-u. Jednak zdarzenie sier. Karubina zahacza o szaleństwo. Toczył on walkę powietrzną z niemieckimi mesershmittami 109. Po nieudanej próbie dotarcia do wrogich bombowców. Niestety wróg przeciął mu drogę. Dywizjon 303 zaatakował bombowce. Jego klucz toczył jednak walkę z myśliwcami. Niemcy mieli przewagę wiec, klucz rozproszył się. Karubin poszedł ostrym nurkiem w dół. Stracił łączność z dywizjonem. Po drodze nawinął mu się na celownik samotny mesershmitt. Dzięki sprawnym manewrom wyszedł za nim na czystą pozycję. Wyczekał moment, wystrzelił długą serią. Po chwili Niemiec zadymił się, zwycięstwo !. Wróg jednak zamarkował ze spada. Był zdolny do lotu. Gdy sierżant zaczął się rozglądać za innymi celami, Niemiec przy ziemi gwałtownie poderwał maszynę i kontynuował swój lot. Zdenerwowany Karubin poleciał za nim. Lecieli lotem koszącym nad ujściem Tamizy. Do pościgu dołączyły się jeszcze dwa Hurricany. Polak zbliżył się na prawie 70 metrów od hitlerowca. Zaczął walić w ogon jednak ostrzał był nieskuteczny. Potem próbował ostrzału w bok maszyny. Przyniosło to efekt z niemieckiego samolotu poszedł gęsty czarny dym. Niemiec leciał przy samej ziemi. Karubin za nim i o mało nie zginął, ponieważ Niemiec leciał prosto na drzewo, a gęsty dym zasłaniał widok polakowi. W odpowiednim momencie Niemiec podniósł maszynę ponad drzewem, a Karubin lekko zarył o jego czubek.
- Przeklęta Jucha ! zdenerwowany powiedział o chytrym wrogu.
Zbliżył się na 50 metrów po czym otworzył ogień, jednak wyleciała tylko garstka pocisków po czym karabiny ustały. Brak amunicji. Odbił więc w prawo robiąc miejsce lecącym za nim kolegom. Jednak byli za daleko i gdyby polak wycofał się teraz, Niemiec by uciekł. Złość ogarnęła polskiego asa. Dodał gazu wyprzedził Niemca i po łuku wyszedł na wprost niego. Szli na siebie, jakby mięli się zderzyć. Jednak nie zderzyli się, sierżant minął Niemca o metr może o pół. Niemiec nie wytrzymał chciał usunąć się z drogi i runął na ziemię. Zachowania opisywane w prasie były nadmiar fikcyjne, jednak rzeczywistość była bardziej fantastyczna niż legenda. Polski pilot po wystrzeleniu amunicji w istocie rzucał się na wroga lecz ginął tylko wróg.

5 Września 1940 roku.

Bitwa wrzała. Niemcy uznali że niebo nad Anglią nie jest jeszcze pod ich panowaniem. Przyszykowali ogromną armadę statków powietrznych. Niemcy przyjęli, że jeżeli Brytyjskie lotnictwo nadal atakuje ich samoloty, należy uderzyć tam gdzie najbardziej zaboli. A mianowicie uderzyć na lotniska. Sądzili że jeżeli skruszą tą zaporę jaką stanowiły myśliwce, zdobędą panowanie w powietrzu. Nie brali jednak pod uwagi siły tej zapory. Niemcy już obwieszczali swoje zwycięstwo światu. Twierdzili że Angielskie lotnictwo jest rozbite. Nic bardziej mylnego, wciąż 20 dywizjonów walecznie odpierało ataki prawie 2 tysięcy samolotów niemieckich. W owym dniu 5 września Dywizjon 303 odniósł chwalebne zwycięstwo. Na ogólną liczbę 39 zestrzelonych w tym dniu samolotów, strącili 8 tracąc tylko jeden przy czym pilot przeżył. Częste zwycięstwa i niesamowite historie o polskich pilotach wzbudziły w tych dniach wątpliwości dowódcy lotniska w Notholt kapitana pułkownika Stanleya Vincenta. Posądzał polaków o machlojki, o przesadę w raportach o powietrznych zwycięstwach. Kapitan Vincent, chcąc osobiście przekonać się o stanie rzeczy wzbił się równocześnie z dywizjonem i obserwował co się dzieje. Miał szczęście, był naocznym świadkiem tego jak 9 maszyn z 303 (bo tylko tyle nadawało się do lotu) rozbiło grupę Junkersów, następnie zostali zaatakowani przez chmarę mesershmittów. Wróg został przykładnie rozbity, tracąc kolejne 4 maszyny. Do tego był świadkiem jak sierżant Kazimierz Wuensche uratował życie dowódcy majorowi Kelletowi. Gdy mesershmitt ścigał majora, dziurawiąc go niemiłosiernie z pomocą nadleciał sierżant Wuensche. W brawurowej akcji rozerwał go ogniem na kawałki. Polacy wrócili w całej sile do bazy. Vincent po wylądowaniu na lotnisku krzyknął:
- Good heavens ! – wielkie nieba ! Oni są naprawdę tacy ! To wspaniali szaleńcy !.

6 Września 1940 roku.

6 września miał być sądnym dniem dla brytyjskiego lotnictwa. Niemcy zmienili taktykę i oprócz eskorty dla bombowców usiali całe niebo patrolującymi dwójkami złożonymi z mesershmittów. Wysoko ponad zasięgiem Hurricanów. Dywizjon wystartował o godzinie 8:45 w sile 9 maszyn. Niemcy mieli ogromną przewagę. Jednak dywizjon kierował się pod wskazane współrzędne. I tak oto o niecałe 2 kilometry z prawej Polacy dostrzegli zgrupowanie niemieckich bombowców wraz z eskorta, którą już atakowały dywizjony Spitfireów. Doskonała sposobność do ataku. Natychmiast zdecydowano o natarciu. Jednak była to pułapka z góry jak szarańcza spadły wrogie samoloty. Mięli przytłaczającą przewagę w liczbie, w szybkości i w pozycji z jakiej atakowali. Na pierwszy ogień poszedł samolot drugiego dowódcy Dywizjonu majora Zdzisława Krasnodębskiego asa bitwy o Anglię, wspaniałego dowódcy i kolegi. Jego samolot został trafiony a on sam doznał ciężkiego poparzenia, ratował się skokiem na spadochronie. Sytuacja wydawała się beznadziejna ale prawdziwą wartość pilota nie cechuje atak lecz także obrona. Pierwszy atak Niemców powinien był zniszczyć całą formacje jednak Polacy wytrwali. Rozproszyli się po niebie i ominęli całe strumienie wrogich pocisków. Manewrując samolotami sprawiali iż, niemieckie pociski trafiały w próżnię. Wywiązały się pojedynki, Niemcy stracili swój element zaskoczenia. I teraz piloci z 303 przejęli inicjatywę. Porucznik Witold Urbanowicz, który niedawno przybył do dywizjonu, na widok wrogiego samolotu odruchowo skręcił. Stracił na chwilę przytomność ( często zaradzało się, że pilotom na skutek przeciążenia odpływała krew z głowy i pilot przez chwilę nic nie widział). Po ocknięciu ujrzał mesershmitta przed sobą. Rzucił się na niego. Jako pierwszy tego dnia zestrzelił wrogi samolot. Stefan Karubin, zniszczył kolejnego, a widząc pod sobą 3 bombowce Heinke III spikował na nie. Posłał do piekła prawy samolot w formacji, został jednak ranny pociskiem. Raniony w nogę i udo z rozbitymi zegarami wyskoczył z samolotu. Sierżant Wuensche leciał na pomoc Spitfireowi. któremu wróg siedział na ogonie. Leciał na wprost, po 2 seriach Niemiec zapalił się i spadł. Pomoc przyszła jednak za późno ponieważ Spitfire także dymił jednak jego pilot zdołał wyskoczyć. Tymczasem zlatywały się posiłki wroga, w sumie w walce uczestniczyło już ponad 100 maszyn. Niemców było tak wielu, że zaczęli przeszkadzać sobie nawzajem. Kwestią czasu było wykończenie ocalałych brytyjskich lotników. Lotnictwo RAF-u widząc złą sytuacje ograniczało się do działań defensywnych i atakowaniu tylko pewnych celów. Zestrzelono kolejną maszynę, kapitan Athol Forbes z 303. Wyskoczył jednak na spadochronie. Minęło niebezpieczeństwo dramat się kończył bo ostatnie Hurricany i Spitfire-y opuszczały pole walki. To był ciężki dzień dla obu stron. 303 stracił 5 z 9 maszyn, a 4 pilotów było rannych. Wszyscy piloci jednak ocaleli. Sam dywizjon strącił 7 maszyn wroga. Jak później się okazało dywizjon 303 przyjął na swoje barki ciężar natarcia całego niemieckiego lotnictwa na ten dzień. 303 wraz z dywizjonem Spitfireów związał w walce główne siły wroga, przez co inne formacje z głębi Anglii mogły zająć się bombowcami, które nie doleciały cało do Londynu. Dywizjon 303 otrzymał w tym dniu depesze od Naczelnego Dowództwa i przedstawicieli najwyższych władz państwowych Wielkiej Brytanii z wyrazami wdzięczności i gratulacjami. Brzmiał on tak:
Londyn, dnia 6.9.1940
Przekazuje dywizjonowi 303"Gratulację z powodu wspaniałego dnia walki". Życzenia te przesłał na moje ręce Minister Lotnictwa, p. Archibald Sinclair. Obok słów Jego Królewskiej Mości, zawartych w odpowiedzi Króla Jerzego VI, skierowanych do prezydenta RP, jest to drugie z kolei uznanie wielkich zalet bojowych, jakimi wyróżniają się lotnicy polscy. Wałcząc od niedawna rycersko obok sławnych kolegów brytyjskich, poszczycić się już dzisiaj mogą poważnymi sukcesami. Ich czyny są jedyną godna Polaka odpowiedzią na ostatnie kłamstwa propagandy niemieckiej.
NACZELNY WóDZ
Sikorski
Gratulacje te odzwierciedlały faktyczne entuzjastyczne podniecenie i zachwyt nad Polskimi polotami. Taka postawa miała także swoją wymowę polityczna. Obok anglików w walce o ich domy walczą sprzymierzeńcy z polski. Od dnia 6 września entuzjazm stale rósł by przerodzić się w euforie. Polscy bohaterowie, tak rozpisywały się brytyjskie gazety. Po zestrzeleniu majora Zdzisława Krasnodębskiego trzeba było szybko obsadzić stanowisko dowódcy dywizjonu. Został nim porucznik Witold Urbanowicz. Kolejne dni tylko przekonywały dowództwo o słuszności tej decyzji. Urbanowicz był asem nad asami, pogromcą wroga, do tego doskonałym dowódcą i taktykiem. Piloci go szanowali, a on rozumiał ich potrzeby i sprawnie nimi dowodził.

7 września 1940 roku.

Tego dnia niemiecka flota powietrzna przedarła się do Londynu. Niemcy z uśmiechem na ustach pewni siebie spuszczali kolejne bomby siejąc śmierć i zniszczenie. Dowództwo za późno zareagowało, samoloty posłano, gdy bomby już spadały. Niemcy byli przekonani ze wydarzenia dnia poprzedniego zniszczyły zdolność Anglii do obrony. 303 skierowano w stronę doków nad Tamizą. Piloci bez trudu zlokalizowali niemieckie samoloty. Obok szalała artyleria przeciwlotnicza i co jakiś czas wrogi samolot zostawał strącany. Bombowce szły nad miastem, eskorta była powyżej. Eskadra 303 leciała miedzy nimi. Polscy piloci sądzili że kapitan Forbes, dowódca angielski skieruje wszystkie siły na bombowce przerywając ich nalot. Jednak kapitan z pozycji jaką zajmował źle widział rejon działań i pędził przed siebie. Dywizjon oddalił się już o jakieś 2 kilometry od miejsca bombardowania. Wtedy inicjatywę przejął porucznik Paszkiewicz dowódca drugiego klucza myśliwców 303 dywizjonu. Doświadczony pilot dał sygnał machaniem skrzydeł, aby wszystkie samoloty za nim podążały. Wyrwali się zdecydowanie z szyku, dowódcy Henneberg i Urbanowicz podążyli za nimi. Kapitan Forbes w porę spostrzegł manewr i zawrócił. Dywizjon znalazł się na tyłach Niemców powyżej ich pułapu. Na szczęście polaków inny dywizjon brytyjski związał w walce eskortę. Dzięki temu bombowce zostały bez osłony. 303 runął na nie z całym impetem. Powstała straszna siekanina, bombowce kolejno spadały. Lotnicy wspominają, że przypominało to strzelanie do kaczek. Wszyscy piloci zaliczali kolejne strącenia. Dorniery spadały z powietrza jak kuropatwy ze stada. Mimo iż pewna część eskorty popędziła na pomoc, było już za późno. Cała wyprawa rozbita, a bombowce które ocalały uciekały na wszystkie strony. 303 następnie walczyło z eskortą by odciążyć brytyjskie dywizjony. Przykry incydent przydarzył się porucznikowi Pisarkowi który podczas ataku na Me 109 został trafiony. Przy próbie wyskoku zaczepił butem o krawędź kokpitu. Zgubił buta. Żartował potem ze było mu wstyd, ponieważ w skarpecie była d
ziura. W tej walce dywizjon 303 strącił 14 maszyn pewnych i 4 prawdopodobnie. Strat własnych poniósł: dwie maszyny, jednego rannego i jeden but. Inne dywizjony RAF-u strąciły tego dnia 61 maszyn, same tracąc 20. Artyleria przeciwlotnicza strąciła 28 samolotów. Był to najlepszy wynik dotychczas. Najbliższe 7 dni może decydować o losach tej wojny. W kolejnych dniach sukcesy były niemniejsze od tych z 7 września. Niemcy stracili kolejne 52 maszyny.

11 września 1940 roku.

Niemcy szykowali się do inwazji na Anglie i czym prędzej potrzebowali zwycięstwa w przestworzach. O godzinie 16:00 nad Anglie nadleciały samoloty w dwóch falach. Pierwsza fala miała odciągnąć uwagę wroga, a druga w prostej linii miała zbombardować Londyn. Dywizjon 303 odniósł najliczniejsze zwycięstwo w historii RAF-u. W niecałe 15 minut w sile 12 maszyn strącił17 wrogich. Dywizjon szedł na bombowce jednak powyżej znajdowała się eskorta. Sytuacja wysoce drażliwa. Najlepszym rozwiązaniem było zaatakować eskortę i związać ją, ponieważ pojawiły się nowe dywizjony sunące na bombowce. Jednak kapitan Forbes zdecydował inaczej. Chciał uderzyć również na bombowce. Jednak atak pod nosem 90
Mesershmittów był wielce ryzykowny. I nastąpiło to czego się spodziewano, na klucz kapitana Forbesa sunęły wrogie samoloty, Błąd dowódcy naprawił porucznik Paszkiewicz który wraz ze swym skrzydłem osłonił dowódcę przed atakiem. Przyłączył się do niego Urbanowicz. Wywiązała się walka. 6 samolotów zaatakowało druzgocąco przeważające siły wroga. Atak prawie samobójczy, jednak nie zostali rozszarpani na strzępy. Wręcz przeciwnie to oni rozszarpywali. Zaskoczenie Niemców było niesamowite. Piloci bombowców stracili głowę, szybko pozbywali się bomb i uciekali. Już się nie śmiali, na ich twarzach pisało się przerażenie. W sednie sukcesu próżno doszukiwać się faktu rozbicia wrogich bombowców. To dezorganizowanie i związanie w walce eskorty z 6 samolotami 303 dywizjonu przyczyniło się do tego sukcesu. Rezolutne postanowienie porucznika Paszkiewicza by we właściwym momencie uderzyć na mesershmitty, i śmiałe wykonanie tej decyzji były źródłem zwycięstwa. Po rozbiciu wroga nastąpił drugi etap walki, a mianowicie pościg. W ogólnej liczbie samolotów niemieckich niewiadomo było tak naprawdę kto kogo ściga. Jednak znowu polscy piloci pokazali dowody swojego męstwa , twardej zawziętości. Polski pilot szalał, budził podziw i zwyciężał. Angielska ziemia była usiana wszystkiego rodzaju typami niemieckich samolotów. Dwóch pilotów 303 poległo w tych walkach. Byli to porucznik Cebrzyński, podczas natarcia na bombowce trafił w krzyżowy ogień ugodzony w głowę zginął na miejscu. Drugi, sierżant Stefan Wojtowicz został zaatakowany przez 9 mesershmittów. Całe miasteczko Bigginshill przyglądało się samotnej walce polaka z 9 wrogami. Zanim poległ strącił dwie wrogie maszyny. Walka polskiego lotnika przeszła w angielskim miasteczku do legendy. 303 zniszczyło w sumie 17 maszyn, prawie 1 wszystkich strąceń tego dnia. Straty całego RAF-u były jednak spore. Zwycięstwo w decydującym starciu, pochłonęło życie 17 pilotów i 24 maszyn. Był to jednak dzień chwały w którym główną rolę odegrali polscy piloci. Aż strach pomyśleć co by było gdyby 303 nie odparł ataku 90 wrogich maszyn.
Sierżant Frantiszek
Dzielny Czech.
Jedną z najbarwniejszych i jeden z największych asów dywizjonu 303 oraz całej Bitwy o Anglię.. Urodzony w czechach, po zajęciu Czechosłowacji przez Niemcy, uciekł do polski. Nie akceptował tego co stało się w jego kraju. Już do końca związał się z polskimi pilotami. Chciał walczyć. Było to zgodne z jego sumieniem oraz indywidualistycznym temperamentem. Wraz z polakami przeszedł piekło kampanii wrześniowej. Potem walczył we Francji gdzie strącił 10 wrogich maszyn, by w końcu wylądować w Anglii w szeregach 303 dywizjonu myśliwskiego. Na życie i na śmierć był oddany tej formacji. Brał wybitny udział we wszystkich bitwach 303 dywizjonu w czasie walki o Anglie. Począwszy od 2 września, nigdy nie schodził z pola walki bez strącenia. Szczególną cechą tego lotnika było, samowolne opuszczanie formacji. Frantiszek najczęściej zapuszczał się nad kanał, by tam samotnie zwalczać wrogie maszyny. Wielu pilotów naśladowało tą taktykę. Nazwano ją "metoda na Frantiszka". Gdy podobne wybryki się powtarzały, został wezwany przed oblicze dowódcy, który poprosił go o nie opuszczanie szyku przed walka. Pilot posłusznie odpowiedział –Tak jest, panie kapitanie i odszedł. Jednak Frantiszek zareagował w sposób charakterystyczny dla siebie, następnego dnia samotnie zestrzelił 3 maszyny wroga. Znane zostało też jego oświadczenie, gdy pewnego dnia lądował przymusowo na którymś lotnisku w południowej Anglii. Powiedział do nadbiegających Anglików:
- I Am Polish !
Wypowiadając te słowa podkreślił tylko swą istotną przynależność do polskiego dywizjonu. Nie odszedł mimo iż proponowano mu awans i przywileje w innych eskadrach. Zginął 8 października, wracają z bojowego lotu. W czasie wykonywania beczki zarył o kopiec. Zginął na miejscu. Józef Frantiszek strącił 27 maszyn wroga. Odznaczony wieloma medalami min. Krzyżem Walecznych, Virtuti Militari. Do końca związany z dywizjonem 303, pokazał jak polak z czechem mogą wspólnie walczyć, zwyciężać i ginąć.

15 września 1940 roku.

Moment Krytyczny

Cały wrzesień był pogodny i gorący. Tego dnia hitlerowcy postanowili rozstrzygnąć wojnie na zachodzie. Po 6 tygodniach walki i 1650 strąconych maszynach wroga 20 dywizjonów wciąż odpierało ataki Niemców. Pycha i pewność siebie niemieckich sztabowców, pozwalała im myśleć że już wygrali. Wojska niemieckie już prowadziły załadunek na statki i barki, gotowe do inwazji. Miały tylko czekać na sygnał Luftwaffe o pokonaniu tego dnia RAF-u. Z francuskich lotnisk wystartowało ok. 750 samolotów. Nadlatywały w 3 falach. Niemcy byli ostrożni. Najpierw badali niebo licznymi patrolami, by w miarę możliwości zmylić wroga. Jednak plany te spaliły na panewce, ponieważ sztab brytyjski, dokładnie znał pozycje głównych sił wroga. Dowództwo pozwoliło Niemcom zapuścić się w głąb Anglii. Niemcy szli wysokim pułapem, zostawiając charakterystyczne ślady na niebie. Nie popełniono błędu z 7 września i tym razem, bacznie obserwowano ruchy wroga. Sztab dzięki rozbudowanej sieci radiolokacji i podsłuchu, reagował natychmiast, przejmując inicjatywę w bitwie. Na wybrzeżu dywizjony spitfireów rzuciły się na zgrupowanie 40 bombowców z eskortą. Związały w walce myśliwce pozostawiając bombowce same. W głębi kraju między kanałem a Londynem wyprawa natrafiła na stanowczy atak Hurricanów. Stanowiły drugą linię obrony. Jednak nadleciała nowa fala. 150 wrogich maszyn sunęło bez problemu, ponieważ inne siły już walczyły. W tym krytycznym momencie, rozpaczliwym atakiem nieliczne spitfirey związały część tych samolotów. Jednak znacząca większość parła dalej. Niemcy niespodziewani się tak silnego oporu. Gdy nadlatywały nad Londyn, odczuwało się już widmo niebezpieczeństwa, wyły syreny. I stała się rzecz, której Niemcy się nie spodziewali. Zostali zaatakowani przez nowe dywizjony w tym przez 303, które stanowiły ostatnią trzecią linię obrony. Wszystkie siły wroga zostały zaatakowane i rozbite. Niemiecka kawalkada powietrzna ratowała się ucieczką. Od brzegów kanału, aż po Londyn trwała bitwa. Niemcy już nie zebrali się na wysłanie posiłków. Dywizjon 303 w tym dniu okrył się chwałą. Prowadzony przez kapitana Kenta, dywizjon rozproszył się na 4 grupy, dzielnie walcząc z myśliwcami wroga. Wiązał w walce dużą część wrogich samolotów. I chociaż ostatni wkroczyli na pole bitwy zanotowali najlepszy wynik. Na 20 dywizjonów biorących udział w natarciu, strącili 1/6 wszystkich zestrzelonych samolotów niemieckich. Zanotowali 9 i pół strącenia, pół ponieważ na spółkę z innym dywizjonem. W sumie RAF zniszczył 60 wrogich maszyn. Straty były niewielkie, Polacy zanotowali tylko jednego rannego. Obrona tego dnia zadała Luftwaffe druzgocące straty. Inicjatywa w całej bitwie o Anglie przeszłą na stronę Aliantów. Jednak dzień się jeszcze nie skończył. Dowództwo niemieckie się niecierpliwiło. Wszystko było gotowe do inwazji. Goering pienił się, że to jeszcze nie koniec i ostatni samolot zwycięży. Po dwóch godzinach od popołudniowej klęski, Niemcy zebrali wszystkie dostępne statki powietrzne i zaatakowali. Dywizjon 303 wystartował w sile 9 maszyn. Wzbili się na 22 000 stóp, jednak w gęstej chmurze pogubili się i stracili ze sobą kontakt. Urbanowicz dowódca jednego z kluczy, dojrzał 4 kilometry na wprost, niemiecką wyprawę bombową złożona z 60 bombowców i eskorty. Były to Dorniery 215, jednak eskorta była znacznie dalej niż bombowce. Urbanowicz po krótkim pościgu za 6 mesershmittami postanowił uderzyć na bombowce. Byli zdziwieni ponieważ podlecieli już bardzo blisko, a 100 samolotów eskorty jakby ignorowało resztę. Wykorzystując przewagę pułapu 5 polaków uderzyło na zgrupowanie bombowców. Pikowali i wznosili się, ponawiając cały czas swoje ataki. I tak tworzyli historię, 5 maszyn rozbiło zgrupowanie niemieckie. Bombowce uciekały. Wyprawa się rozpadła, nie było już żadnych szans na wykonanie zadania. Już po fakcie wszystkie mesershmitty uderzyły. Zginął sierżant Brzozowski, sierżant Andruszkow musiał ratować się skokiem. Nadleciały posiłki. Urbanowicz zestrzelił w tym zamęcie jeszcze dwa bombowce, Ferić także strącił wroga po czym uciekł w chmury. W innych starciach tego dnia Luftwaffe straciło przeszło 185 maszyn, a 200 innych było uszkodzonych. Było to rozstrzygające starcie Bitwy o Anglię. Dzień 15 września był kulminacyjny. Naloty niemieckie straciły rozmach i nie mogły już zagrażać Anglii. Do 27 września Niemcy stracili jeszcze 115 maszyn z czego 15 strącił dywizjon 303. W miesiącu wrześniu Polacy zestrzelili 77 wrogich samolotów w tym 17 strącił Frantiszek, 14 strącili brytyjscy piloci dywizjonu. W całej Bitwie o Anglie z 1940 roku 126 wrogich samolotów. Inni polscy piloci walczący w innych dywizjonach zaliczyli 77 strąceń. Wyniki te dawały pierwsze miejsce na liście najskuteczniejszych dywizjonów bitwy. Nie dziwi więc że Polacy byli na ustach całej Anglii i w sercach każdego z jej mieszkańców. Do siedziby dywizjonu w Northolt przybył sam król Jerzy VI. Gazety pisały "... znakomici między innymi są Polacy. Ich męstwo jest ogromne ich sprawność graniczy z wyczynem nadludzkim. Polacy oddali wielkie usługi. Wciąż je oddają i oddawać będą, dopóki zwycięstwo, tryumfalne i zupełne, nie opromieni ich skrzydeł".
Po Bitwie o Anglie, Dywizjon 303 nadal walczył. Często brał udział w walkach nad Francją, uczestniczył w D-Day, oraz potem w całej alianckiej ofensywie. Eskortował wyprawy bombowe nad Niemcy. Jednostkę rozwiązano w 1946 roku.

Na podstawie ksiązki Arkady Fiedlera "Dywizjon 303".

Opracował Maarcinos


© 2004-2013   Portal Internetowy FkCoD.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie zabronione!
Nie odpowiadamy za wszelkie szkody, treść komentarzy oraz autentyczność informacji na stronie!

Szanowani Państwo. Nasz serwis zapisuje na komputerze użytkownika pliki cookies. Potrzebne są one do prawidłowego działania serwisu. Ponadto pliki te są wykorzystywane w celach statystycznych oraz do obsługi systemu reklam w serwisie. Jeśli nie chcą Państwo, by pliki cookies zapisywały się na Państwa komputerze, należy zmienić domyślne ustawienia przeglądarki. Niestety nie gwarantujemy, że serwis będzie działać wtedy poprawnie. Więcej informacji tutaj.


Zdjęcia Portfolio || Tutoriale, porady


| Nasze serwisy |   | Reklama |   | Kontakt |